"Close your eyes, make a wish
That this could last forever
If only you could stay with me now
So tell me what it is
That keeps us from each other now
Yeah it's coming to get me
You're under my skin"
W szpitalu spędziliśmy jeszcze dobrych 5 godzin. Rozmawialiśmy o wszystkim. Natasha uczyła Steve'a rosyjskiego i obiecała, że jak tylko poczuje się lepiej to zabiera go na kręgle. Nawet Sam był miły. Żartował z nami i opowiadał, historię o tym, jak to poznał się z Rogersem. Ja natomiast stałem oparty o ścianę i słuchałem. Lubie być obserwatorem i patrzeć na ludzi. Przyglądając się wielu osobom mogę z łatwością stwierdzić, kto ma jakie wady, bądź niedoskonałości. Wole to o wiele bardziej, niż rozmowę z ludźmi. Kiedyś byłem mały i wychowywała mnie jeszcze ulica, ta umiejętność okazała się niezwykle pomocna. Mogłem dzięki niej odróżnić ludzi dobrych, od tych złych. To pozwalało mi ocenić, komu mogę w pełni zaufać, a od kogo trzymać się z daleka. Życie na ulicy nie jest takie złe, jeśli nauczysz się tam przetrwać. W przeciwnym wypadku to ulica cie pochłonie. Rządzi się ona własnymi prawami i nie lubi zmian. Żyje tak jak chce, a rebeliantów surowo każe. Naznacza ich także bliznami, których mam bardzo dużo i stanowią dla mnie odwieczną mapę wspomnień, ze złego życia. Ze starego życia. W drodze do domu mało rozmawialiśmy z Natashą. Ona załatwiała wóz przeprowadzkowy, bo planuje zabrać jutro od Sama rzeczy Steve'a. Będzie też latać po sklepach i urządzać mu pokój. Nie wiem dlaczego dałem jej dostęp do moich kart kredytowych, przecież przez nią zbankrutuje. Tylko niech nie kupuje mu nic różowego i nie próbuje zrobić z niego geja, bo ją znajdą po miesiącu w lesie. Nie no żartuje. Nigdy bym jej nie skrzywdził. Jest dla mnie rodziną, a w rodzinie nikogo się nie opuszcza i nie zostawia. Rodzinę trzeba wspierać i nie wiem, co ja bym bez niej zrobił. Kiedy jesteśmy już w domu, jedynym słowem, które do siebie mówimy jest "dobranoc" i każde idzie w swoją stronę. Ide do łazienki, biorę szybki prysznic, który pozwala mi uporządkować informacje z całego dnia. Nagle dostaje przypominajke w głowę. Mam 13 lat i siedzę z moim ( w tamtym czasie) najlepszym przyjacielem. Był wtedy jeden z najcieplejszych dni lata. Postanowiliśmy wybrać się nad jezioro. Pływaliśmy wtedy długie godziny w jeziorze i opalaliśmy się na moście. Gdy zachodziło słońce usiedliśmy pod starą wierzbą i podziwialiśmy widoki. Obróciłem się do mojego przyjaciela, by powiedzieć mu, że jutro też możemy wybrać się nad jezioro, ale on non stop na mnie patrzył. Jego spojrzenie przepełnione było strachem i nadzieją pomieszaną z oczekiwaniem.
-Jefferson co ci się dzieje? Źle się czujesz? -spytałem z troską w głosie.
-Buck pamiętasz, że jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi? -jego głos był niespokojny, jakby się czegoś bał.
-Tak, pamiętam. Mów co się dzieje, bo automatycznie dostaniesz ode mnie wciry, a tego nie chcesz.
-Wiesz, że obiecywaliśmy sobie szczerość i zero tajemnic przed sobą, ale jest pewna rzecz, która męczy mnie od jakiegoś czasu.
-Jefferson mów. Zaczynasz mnie irytować.
-No... bo... ja...
-Jefferson! Do cholery mów!!!
-No bo ja cie bardzo lubię
-I to chciałeś mi powiedzieć, tak?
Rzeczywiście warte zachodu.
-Nie nie o to chodzi. No bo ja lubię cię, ale to bardzo cię lubię.
-Ja też cie lubie no i co w związku z tym?
-Ale ja cie lubie bardziej, niż tylko przyjaciela. Ja cie.... ja.... ja... JA CIE KOCHAM BUCK!!!
No i nokaut. Wpatrywałem się w niego dobre 10 minut nie wiedząc, co powiedzieć.
-No to mnie zaskoczyłeś Jefferson.
Jestem w szoku.
-Błagam powiedz coś więcej- jego głos był błagalny i widać, że bał się mojej reakcji.
-Jeśli chodzi o to, czy obrzuce cie kamieniami i zacznę wyzywać cię od najgorszych, to odpowiedź brzmi: nie.
-Ja nie powinienem ci tego w ogóle mówić. Przepraszam Buck, ide do domu-sprzeszony, podnosił już się i chciał odejść, ale z nieznanych mi powodów złapałem go za rękę i pociągnąłem, żeby usiadł. Patrzył na mnie nie zrozumiale, a ja zrobiłem krok do przodu i rzucając się na niego, pocałowałem go. Był zaskoczony, ale odwzajemnił pocałunek. Kiedy się do niego odsunąłem, posłałem mu pewny siebie uśmiech.
-Ja cie chyba też kocham. Oj Jefferson co ty ze mną robisz?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz