-Nie wiem czy powinieniem, ale uratował mu pan życie i wyjątkowo na tą wizytę mogę pozwolić. Oby więcej takich ludzi, jak pan było na tym świecie. Pozwoli pan za mną...
- Oj nie chciałby pan, żeby było tylu ludzi na świecie, jak ja. Nie wie pan całej prawdy. I lepiej, dla pana, że o tym pan nie wie. - Mówię szeptem i ide za lekarzem. Mijam dużo sal, gdzie tysiące ludzi walczy o zdrowie i życie. Widzę rodziny, które czekają na jakąkolwiek dobrą wiadomość i przygotowują się na tą najgorszą, która mówi ci, że odebrano ci osobę, którą kochasz. Ktoś tam na górze po prostu odciął linkę, która podtrzymywała życie tej osoby. Tak musiało być. Nic nie dzieje się bez przyczyny. Ktoś powiedział mi, że tylko wyjątkowo głupi i naiwni ludzie wierzą w przypadki. Wszystko jest z góry zaplanowane i nawet gdybyś płakał i prosił do ostatniego oddechu to i tak nie możesz tego przerwać. Wszystko ma swój początek i koniec. Taka jest kolej rzeczy, z którą każdy z nas musi się pogodzić. Nienawidzę szpitali. Tutaj zabija się wszystkie dobre emocje i daje ci w zamian te najgorsze. Tutaj też rodzimy się i wypełniamy swoje przeznaczenie. Od dziecka to miejsce kojarzy mi się z taką pułapką. Wchodzisz tutaj radosny i wesoły, i nie wypuszczą cie stąd takiego jak kiedyś. Zmienisz się. Będziesz od tamtego czasu cierpiał i nie dopuszczał do siebie nikogo. Miłość będziesz traktował jak coś niebezpiecznego i z trudem będzie ci szło przywiązanie się do kogoś.
W tym miejscu tracisz wszystko, co kochasz i stajesz się wypranym z uczuć robotem. Korytarz zdaje mi się nie mieć końca i kiedy tracę nadzieje na jakiekolwiek dotarcie do końca korytarza, nagle zatrzymujemy się przed dużymi brązowymi drzwiami. Lekarz łapie za klamkę i je otwiera i gdy wchodzimy do środkaa, pierwszym co rzuca mi się w oczy jest biel, która jest wszędzie. Na ścianach, zasłonach, roletach. Staję obok doktora i nagle go widzę. Szczupły, nieprzytomny mężczyzna, dość niskiego wzrostu leży przykryty w białą ( no bo jakby inaczej) pościel i przypięty jest chyba do wszystkich możliwych urządzeń na tym świecie.
-Może nas pan zostawić samych panie doktorze?
Lekarz bez słowa wychodzi i zostawia mnie samego z człowiekiem, którego kompletnie nie znam. Nagle zdałem sobie sprawę, że nie wiem co mam mu powiedzieć. "O hej ciesze się, że jednak żyjesz. Bywało gorzej co nie?" Takich tekstów nikt dziś nie używa. Przysuwam dobie krzesło i siadam koło niego na krześle. Kiedy mam szansę stwierdzam, że ma przepiękne rysy twarzy i niesamowicie piękne blond włosy. Nigdy nie myślałem tak o drugim facecie, ale ten... wydaje się być bardzo... piękny.
Nawet nie wiem kiedy to się stało, ale palcem dotknąłem jego otwartą dłoń i nagle jego dłoń zakleszczyła się wokół mojego palca.
- Niestety jeszcze żyje. Jeśli chciałeś mnie udusić to ci się nie udało- odpowiedział wesołym głosem, w którym słychać było wyraźne zmęczenie i ból.
-Ah następnym razem może mi się uda. Będę próbował do skutku. - Serce o mało nie wyskoczyło mi z piersi, kiedy on się ocknął. Wypuścił mojego palca z uścisku i zaczął mi mi się przyglądać. Musze przyznać, że jego oczy też są nieziemsko piękne. Oczy koloru morza, w którym chciałoby się nawet utonąć.
- Myślę, że jeszcze będziesz musiał się pomęczyć. Przepraszam, że pytam, ale jak się nazywasz? Wydaje mi się, że skądś znam twój głos.
- Nazywam się James Barnes, ale możesz mówić mi Bucky.
- Cześć Bucky. Ja natomiast nazywam się Steve Rogers. To może powiesz mi skąd ja cie znam?
- Myślę, że znasz mój głos, bo... bo... bo to ja cie uratowałem przed tymi bandziorami w tym zaułku.
Przerażenie, które malowało się na jego twarzy sprawiło, że zaczęło pękać mi serce. Co takiego musiało się stać, że Steve, aż tak bardzo się boi? Kim oni byli i co takiego chcieli od niego? Tysiąc myśli wędruje mi wokół głowy i każda z nich jest bardziej straszna od poprzedniej.
-Bucky ja... dziękuję... Gdyby nie to to... to... to oni by mnie pewnie zabili- jego łamiący się głos i łzy w kącikach oczu ruszyły by nawet najgorszego mięśniaka.
- Nie ma sprawy. Każdy by tak postąpił na moim miejscu. Najważniejsze, że nic ci nie jest- próbowałem go jakoś pocieszyć, więc uśmiechnąłem się szeroko i już chciałem zacząć opowiadać swoje słynne żarty, kiedy zobaczyłem, że robi się bardziej smutny.
- Uwierz mi, że nie każdy. Nie każdy by postąpił na twoim miejscu Bucky. Nie każdy człowiek na świecie musi być aniołem. Są też okropne potwory, które czerpią radość z twojego bólu i krzywdy.
- Ej Steve co się takiego stało tej nocy? Proszę opowiedz mi.
Kiedy na jego twarzy zalśniła pierwsza łza i za nią poszły kolejne zmieniając się w głośny płacz zacząłem się zastanawiać co takiego stało się kilka godzin przed moim uratowaniem go, że teraz przede mną leży wrak człowieka?
sobota, 12 grudnia 2015
Rozdział 2 ~ " 'Cause all you are is everything that i don't wanna be"
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz