wtorek, 22 września 2015

Rozdział 1~ "We are like glass. We break and eventually we shatter."

Jadąc do szpitala dostałem  lekkiego ataku paniki. A co jeśli nie przeżyje?  A co jeśli samochód stanie na środku drogi, a ja nie będę mógł pomóc?  Tak bardzo jest mi tego chłopaka żal. Spoglądam w lusterko, gdzie leży na tylnym siedzeniu i serce podskakuje mi do gardła. Jak ci kolesie go załatwili tego nie potrafię nawet zrozumieć. Ma rozwaloną prawie całą głowę, koszula przesiąknięta jest krwią, cała podarta i w strzępach. Nie wiem nawet jaki ma kolor włosów. Całą głowę pokrywa kurtyna krwi. To jakieś szaleństwo. Oczy ma zamknięte, oddech urywany.
Wjeżdżam w alejkę, kilka minut od szpitala, kiedy nagle na pasach wyskakuje mi jakaś plastikowa niunia, która na swoich wielkich platformach będzie się wlokła pół życia przez 5 metrów chodnika.
-SZYCIEJ TY PLASTIKOWA IDIOTKO-Trąbiąc klaksonem na tą kretynkę czuje, jak wzrasta mnie ciśnienie. W końcu jakieś wieki temu ta tempa dzida przelazła przez pasy, i w końcu udało mi się ruszyć ponownie, na odchodne zdążyłem krzyknąć przez szybę samochodu "szmata" i ruszyłem w długą.
Chyba zaraz wyrzucę kierownicę przez okno, kiedy nie mogę już przyspieszyć samochodu.
Gdy zobaczyłem już znajomy budynek mogłem już głębiej odetchnąć. Szybko zaparkowałem
w pierwszym lepszym miejscu, przed samyn szpitalem i gasząc silnik szybko wsiadłem. Otworzyłem tylne drzwi i zzieleniałem.
-Moja kochana tapicerka. Chłopie jak się tylko obudzisz to cię udusze.
Prędko go wyciągnąłem i biorąc go na ręce wbiegłem do szpitala.
-NIECH KTOŚ MI POMOŻE!!! ON JEST RANNY. SZYBCIEJ.-Wystarczyło głośniej krzyknąć, a już przybiegli lekarze i pielęgniarki. Zabrali go ode mnie i wzięli nie wiadomo gdzie. Próbowałem za wszelką cenę za nimi iść, ale mi nie pozwolili. Kazali usiąść w poczekalni i czekać na lekarza. Zrobiłem jak mi kazali i kiedy tak siedziałem w tej poczekalni dopiero teraz dotarło do mnie, co takiego zrobiłem. Uratowałem mu życie. Nie pozwoliłem, żeby tamci bandyci zatłukli go na śmierć. Zrobiłem coś dobrego. Czyli jednak mam jeszcze sumienie? Nie jestem, aż tak bardzo stracony, jak myślałem. Wstaje i ide do łazienki, bo chce zobaczyć jak wyglądam.  Kiedy widze swoje odbicie w lustrze musze się dobrze zastanowić kogo widzę. Cała koszula przesiąknięta krwią, blada i spocona twarz, drżące dłonie.
Przepłukuje twarz wodą i wracam do poczeklani. Siedzę tam już dobre 10 minut i kiedy myślę, że nigdy nie dowiem się co się stało z tym chłopakiem nagle zjawia się lekarz. Ma na oko jakieś 40 lat i widać, że praca w szpitalu daje mu mocno w twarz. Podkrążone oczy, zmęczone spojrzenie, kilkudniowy zarost.
Wstaję,  i zanim się odzywa zadaje mu pytanie:
-Panie doktorze co z nim?
-Szczerze powiedziawszy, gdyby nie pan, to on by nie żył. Ma rozliczne obrażenia wewnętrzne i gdyby przywiózł by pan go 20 minut później, chłopak byłby już na tamtym świecie.
Nagle zdałem sobie sprawę, że wstrzymuje oddech. Ulżyło mi i to bardzo.
-Nawet pan nie wie, jak się ciesze.
-Może mi pan powiedzieć, jak pan go znalazł?
-Jechałem z pracy  do domu i nagle zobaczyłem bójke w zaułku koło cukierni. Coś mnie w sercu ruszyło i bez zastanowienia pojechałem na pomoc temu chłopakowi. Panie doktorze ten chłopak był cały zmasakrowany i gdy wiozłem go do szpitala modliłem się, żebym w porę dowiózł go do tego szpitala. Zróbcie wszystko, żeby mu pomóc.
-Obiecujemy proszę pana. W tym szpitalu pracują sami najlepsi lekarze. Proszę się nie martwić.
Jedno pytanie nie daje mi spokoju i gdy chce je ominąć, ono nagle wypada mi z ust:
-Czy mogę się z nim zobaczyć panie doktorze?