niedziela, 13 grudnia 2015

Rozdział 7 ~" People like you always want back the love they gave away"

"Close your eyes, make a wish
That this could last forever
If only you could stay with me now
So tell me what it is
That keeps us from each other now
Yeah it's coming to get me
You're under my skin"

W szpitalu spędziliśmy jeszcze dobrych 5 godzin. Rozmawialiśmy o wszystkim. Natasha uczyła Steve'a rosyjskiego i obiecała, że jak tylko poczuje się lepiej to zabiera go na kręgle. Nawet Sam był miły. Żartował z nami i opowiadał, historię o tym, jak to poznał się z Rogersem. Ja natomiast stałem oparty o ścianę i słuchałem. Lubie być obserwatorem i patrzeć na ludzi. Przyglądając się wielu osobom mogę z łatwością stwierdzić, kto ma jakie wady, bądź niedoskonałości. Wole to o wiele bardziej,  niż rozmowę z ludźmi. Kiedyś byłem mały i wychowywała mnie jeszcze ulica, ta umiejętność okazała się niezwykle pomocna. Mogłem dzięki niej odróżnić ludzi dobrych,  od tych złych. To pozwalało mi ocenić, komu mogę w pełni zaufać, a od kogo trzymać się z daleka. Życie na ulicy nie jest takie złe, jeśli nauczysz się tam przetrwać. W przeciwnym wypadku to ulica cie pochłonie. Rządzi się ona własnymi prawami i nie lubi zmian. Żyje tak jak chce, a rebeliantów surowo każe. Naznacza ich także bliznami, których mam bardzo dużo i stanowią dla mnie odwieczną mapę wspomnień,  ze złego życia. Ze starego życia. W drodze do domu mało rozmawialiśmy z Natashą. Ona załatwiała wóz przeprowadzkowy, bo planuje zabrać jutro od Sama rzeczy Steve'a. Będzie też latać po sklepach i urządzać mu pokój. Nie wiem dlaczego dałem jej dostęp do moich kart kredytowych,  przecież przez nią zbankrutuje. Tylko niech nie kupuje mu nic różowego i nie próbuje zrobić z niego geja, bo ją znajdą po miesiącu w lesie. Nie no żartuje. Nigdy bym jej nie skrzywdził. Jest dla mnie rodziną, a w rodzinie nikogo się nie opuszcza i nie zostawia. Rodzinę trzeba wspierać i nie wiem, co ja bym bez niej zrobił. Kiedy jesteśmy już w domu,  jedynym słowem, które do siebie mówimy jest "dobranoc" i każde idzie w swoją stronę. Ide do łazienki, biorę szybki prysznic, który pozwala mi uporządkować informacje z całego dnia. Nagle dostaje przypominajke w głowę. Mam 13 lat i siedzę z moim ( w tamtym czasie) najlepszym przyjacielem. Był wtedy jeden z najcieplejszych  dni lata. Postanowiliśmy wybrać się nad jezioro. Pływaliśmy wtedy długie godziny w jeziorze i opalaliśmy się na moście. Gdy zachodziło słońce usiedliśmy pod starą wierzbą i podziwialiśmy widoki. Obróciłem się do mojego przyjaciela, by powiedzieć mu,  że jutro też możemy wybrać się nad jezioro, ale on non stop na mnie patrzył. Jego spojrzenie przepełnione było strachem i nadzieją pomieszaną z oczekiwaniem.
-Jefferson co ci się dzieje? Źle się czujesz? -spytałem z troską w głosie.
-Buck pamiętasz, że jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi? -jego głos był niespokojny, jakby się czegoś bał.
-Tak, pamiętam. Mów co się dzieje, bo automatycznie dostaniesz ode mnie wciry, a tego nie chcesz.
-Wiesz, że obiecywaliśmy sobie szczerość i zero tajemnic przed sobą, ale jest pewna rzecz, która męczy mnie od jakiegoś czasu.
-Jefferson mów. Zaczynasz mnie irytować.
-No... bo... ja...
-Jefferson! Do cholery mów!!!
-No bo ja cie bardzo lubię
-I to chciałeś mi powiedzieć, tak?
Rzeczywiście warte zachodu.
-Nie nie o to chodzi. No bo ja lubię cię, ale to bardzo cię lubię.
-Ja też cie lubie no i co w związku z tym?
-Ale ja cie lubie bardziej, niż tylko przyjaciela. Ja cie.... ja.... ja... JA CIE KOCHAM BUCK!!!
No i nokaut. Wpatrywałem się w niego dobre 10 minut nie wiedząc, co powiedzieć.
-No to mnie zaskoczyłeś Jefferson.
Jestem w szoku.
-Błagam powiedz coś więcej- jego głos był błagalny i widać, że bał się mojej reakcji.
-Jeśli chodzi o to, czy obrzuce cie kamieniami i zacznę wyzywać cię od najgorszych, to odpowiedź brzmi: nie.
-Ja nie powinienem ci tego w ogóle mówić. Przepraszam Buck, ide do domu-sprzeszony, podnosił już się i chciał odejść,  ale z nieznanych mi powodów złapałem go za rękę i pociągnąłem, żeby usiadł. Patrzył na mnie nie zrozumiale, a ja zrobiłem krok do przodu i rzucając się na niego, pocałowałem go. Był zaskoczony, ale odwzajemnił pocałunek. Kiedy się do niego odsunąłem, posłałem mu pewny siebie uśmiech.
-Ja cie chyba też kocham. Oj Jefferson co ty ze mną robisz?

sobota, 12 grudnia 2015

Rozdział 6 ~ " Once I thought that love was something I could never do"

"To iluzja
Jak mogę się teraz czuć
Skoro nie mogę mieć Ciebie
To jest iluzja
Nic teraz nie jest prawdziwe
Skoro nie mam Ciebie"




-Coś długo ich nie ma.- mówi Sam, lekko podejrzliwym tonem.
-Na pewno stoją w korku. Za chwilę powinny przyjechać.
- Nie wydają ci się jacyś dziwni?
-Co masz na myśli?- lekko prostuje się na łóżku. 
-No... rozumiem, że on uratował ci życie i chciał się dowiedzieć jak się czujesz, ale ta cała gadka z pracą i mieszkaniem. Ufasz mu?
-Oczywiście, że mu ufam. Nie mam podstaw, żeby być wobec niego podejrzliwym.
-A ona? Przesadnie miła rudowłosa piękność. Wydaje mi się dość dziwna. No i do tego jest Rosjanką. A oni zawsze mają mroczną przeszłość.
- Uspokój się. Natasha jest bardzo miłą dziewczyną i nie mam podstaw, żeby jej nie wierzyć. Każdy ma mroczną przeszłość za swoimi uszami i musimy to zaakceptować. W końcu też jesteśmy ludźmi.
-Ale oni to pewnie jacyś kryminaliści.
-Dosyć powiedziałem.  Masz się uspokoić,  inaczej stąd wyjdź i wróć jak ochłoniesz.

 

                    ●●●●●●●●




- Już jesteśmy.  Przepraszamy za spóźnienie, ale Tasha uparła się jeszcze, żeby kupić coś słodkiego i koniecznie przynieść ci kwiaty- tłumacze, chociaż nie wiem dlaczego. Czuje się jak mały gówniarz, którego przyłapali na czymś złym i teraz dostaje reprymende.
- Ta sala to jakaś porażka. Nie dziwię się, że tyle ludzi nienawidzi szpitali. Trzeba tutaj coś zmienić.
- Nie musisz,  naprawdę. Tasha to za dużo- mówi Steve, zawstydzonym głosem i czerwonymi policzkami.
-Daj spokój Steve. Przecież to nic takiego. Jesteś głodny?-pyta, podnosząc jedną brew i uśmiechając się lekko.
- I to jak- odpowiada z uśmiechem.
Natasha wyjmuje z torby,  którą przyniosła łyżeczkę i ładnie zapakowaną miseczkę z zupą.
- Przesuń się smutasie- mówi do Sama i siada obok łóżka. Odpakowuje posiłek.
-Masz dużo siły, żeby samemu zjeść czy mam ci pomóc?
-P...p...potrafię zjeść sam-odpowiada i niepewnie bierze od niej miskę z ciepłym posiłkiem. Je pierwszą łyżeczkę i na jego twarz wracają kolory. Przypatruje się wszystkim po kolei i próbuje wyczytać z ich twarzy jakiekolwiek emocje. Steve w tej chwili jest radosny,  Natasha jak zwykle maska pokerzysty, choć w głębi duszy widać, że jest uśmiechnięta,  natomiast Sam. Ten to dopiero przykry typ. Ciska na mnie i Natashe gromami i wzorkiem zabójcy, ale tylko wtedy, kiedy wydaje mu się, że nie widzimy. Ale on jest w błędzie. Natasha to widzi i jestem przekonany, że niedługo mu to wytknie w twarz. Musiało coś się stać, pomiędzy Samem, a Steve'm. Kiedy tylko weszliśmy było czuć w powietrzu napiętą atmosferę i byłem pewien, że o coś się po kłócili. Tylko ciekawe o co takiego.
-Barnes rozpakuj słodycze, kwiaty postaw w wazonie i maskotkę połóż obok łóżka- dobiega do mnie nagle głos Tashy. Robię natychmiast to co każe i wracam do ponownej obserwacji. Steve zjadł już obiad od Tashy i teraz opowiada jej jakiś kiepski żart, a ona się śmieje. Nie śmieje się sztucznie, albo udawanie, tylko szczerze. Widać, że to ją naprawdę bawi. Dobrze widzieć ją w takim stanie. To jest jej milsza strona. A Sam stoi nad nimi jak jakiś sęp z kwaśną miną i próbuje im zniszczyć tą chwilę szczęścia.
Muszę pogadać trochę z tym gościem później, bo coś mi w nim nie pasuje. Podejrzany ten typ i mu nie ufam.
Spoglądam na Steve'a, który cieszy się z prezentu od Tashy w postaci misia i słodyczy. Ta tylko patrzy na niego i się uśmiecha. Szczera radość Steve'a to dla niej najlepsze podziękowanie. W pewnym momencie wstaje i posyła mi porozumiewawcze spojrzenie. Ja w odpowiedzi lekko kiwam głową i wiem, że ma już pewien plan.
-Przepraszam, ale strasznie zachciało mi się pić. Skocze po gorącą czekoladę dla wszystkich i zaraz wrócę. Sam poszedł byś ze mną? Sama nie dam sobie rady, a ty wyglądasz na silną osobę- puszcza  do Sama oczko, na co ten lekko się dziwi.
-Ja...ja...jasne. To idziemy.
Natasha poszła przodem, a za nią Sam i wyszli z sali. Siadam na miejscu Tashy i przypatruje się Steve'owi. On również mi się przygląda. Trwamy w ciszy dobre kilka minut i żadne z nas nie chce jej przerwać. Ta cisza jest dobra i mogłaby trwać wiecznie. Tylko tyle w tym momencie wystarczy. Magiczna cisza i nic więcej.







                 ●●●●●●●●

Wychodzimy z sali i kierujemy się do automatu. Żadne z nas nic nie mówi. Panuje tylko cisza. Dochodzimy do automatu i sprawy przybierają zaskakujący bieg. Odwracam się i przyciskam Sama do ściany, łokciem przytrzymując go za szyję, żeby nie mógł się wydostać.
- Co ty do cholery wyprawiasz?- pyta, ze złością.
-Mogę cię zapytać o to samo. O co ci chodzi koleś?  Dlaczego się czepiasz mnie i Bucky'ego?
-Nie wiem o czym mówisz.
-Wiesz- mówię, przyciskając go mocniej do ściany.
-Mówiłem tylko, że wyglądacie jak zgrana para przyjaciół.
-PRZESTAŃ KŁAMAĆ.
-Okay okay. Wydajecie mi się dziwni. Burnes ratuje Steve'owi życie i nagle postanawia zostać jego przyjacielem. Potem zjawiasz się ty, udając matkę miłosierdzia i troskliwie opiekując się Rogersem. Kim wy  jesteście i dlaczego postanowiliście zamieszać w naszym życiu.
-Posłuchaj mnie Sammy- mówię przez zaciśnięte zęby- Bucky okazał dobre serce ratując Steve'a choć wcale nie musiał.  Mógł zginąć tam razem z nim, ale postanowił mu pomóc. Polubił go i postanowił mu pomóc. Bucky ma dobre serce i nie ma w tym nic podejrzanego. Natomiast ja. Polubiłam Steve'a i również zamierzam mu pomóc, a ty ogarnij tą swoją wysportowaną dupę i przestań się wtrącać. Steve jest dorosły i dobrze wie, co robi. Nie musisz być jego niańką.
- Właśnie, że muszę. Nie znasz całej historii z jego życia.
-A ty nie znasz naszej,  więc się skarbie nie wtrącaj. Mam na ciebie oko, więc radze ci być milszym i nie posyłać mi spojrzeń mordercy, bo to na mnie nie działa. Rozumiemy się?
-Tak...-mówi obrażonym tonem.
-To co Sammy? Bierzemy tą czekoladę?- puszczam go i zawadiacko się do niego uśmiecham.

Rozdział 5 ~ " No matter what you say i still can't believe that you would walk away"

-Więc co zamierzasz z nim zrobić?- pyta Natasha kiedy jedziemy do szpitala.
-Weź się sprecyzuj a nie. Przecież nie zamierzam go zabić,  jezu...
-Wiesz o co mi chodzi.
-Zamieszka ze mną i będzie pracował u mnie. Jakoś da sobie radę.
-Co się takiego stało, że poruszyło sumienie wielkiego pana Barnesa?
-Bardzo zabawne... Sam nie wiem. To był taki impuls. Nie wiem, jak to się stało. Po prostu postanowiłem mu pomóc. A on w zamian pomoże mi ogarnąć mój dom i może znajdę jakiegoś porządnego przyjaciela, a nie musze użerać się z jakimś rudymi potworami.
-Kogo całowałeś ostatniego tymi ustami?-pyta Natasha,poczym dostaje od niej po łbie.
-Jedź, a nie patrzysz się, jak jakieś ciele na malowane wrota. Mam nadzieje, że on będzie 100 razy lepszy od ciebie, to się koło niego zakręce.
-Łapy precz on jest mój,skarbie- mówię głosem z Gwiezdnych Wojen, poczym obydwoje zaczynamy się śmiać.  Nie mija dobre 10 minut, a jesteśmy już w szpitalu. Idziemy długim korytarzem i w końcu znajdujemy sale. Otwieram drzwi i widzę Steve'a i jakiegoś obcego mężczyznę. Jest czarnoskóry, dobrze zbudowany i ma wrogie spojrzenie, którym taksuje najpierw mnie, a później Natashe.
-Bucky-krzyczy Steve, poczym wyciąga ręce. Przytulam go, uważając, żeby nie zrobić mu krzywdy i posyłam pokrzepiający uśmiech.
-Jak miło mi cię widzieć ponownie Steve.
-Kim jesteście? -pyta mężczyzna siedzący obok Steve'a na krześle. Mimo wyrazu bandziora ma bardzo przyjemny głos.
-Sam poznaj proszę mojego przyjaciela Bucky'ego i... no właśnie tutaj nie wiem, bo jej nie znam.- Steve z ciekawością patrzył się na Natashe.
-Tasha przedstaw się- mrucze do niej.
-Jestem Natasha Romanoff, ale możesz mi mówić Tasha- z ciepłym uśmiechem podeszła do łóżka Steve'a i długo go przytuliła.
-Steve Rogers miło mi.
-Tasha przedstaw się swoim prawdziwym imieniem i nazwiskiem.- szturcham ją łokciem i zaczynam się śmiać pod nosem.
-Dupek-syczy pod nosem.
-No dalej-zachęcam ją.
-Ale moje prawdziwe imię i nazwisko to Natalia Alianovna Romanova. Uprzedzając pytania: tak, jestem Rosjanką.
-Bucky dlaczego to cie śmieszy?-pyta lekko zdziwiony Steve.
-Kto daje na imię dziecko Natalia Alianovna. Przecież to brzmi jak tania opera mydlana.
-Kto daje dziecku na imię James? To brzmi jak nazwa leku na hemoroidy-jak zwykle potrafimy z Tashą sprzeczać się wszędzie.
-Pozwólcie, że przedstawie wam mojego najlepszego przyjaciela Sama-wskazuje ręką na mężczyznę po jego prawej stronie, a ten lekko skina nam głową i kieruje swoje spojrzenie na Natashe.
-To kiedy stąd wyjdziesz huh?- pyta Natasha i nawet z 1000 km da się wyczuć, że już go polubiła, a ona nie łatwo obdarza kogoś pozytywnymi uczuciami.
-Nie wiem. Lekarze każą mi siedzieć tutaj do końca tygodnia, a potem mam iść z kimś na rehabilitację z powodu urazu moich nóg. Tylko problem leży tutaj, że Sam dużo pracuje i nie ma czasu się mną zająć- z pogodnego człowieka zmienił się w gradową chmurę.
-Nie ma nawet o czym rozmawiać.  Ja pójdę z tobą na tą rehabilitację.
-Ale przecież pracujesz.
-Wtedy w zastępstwie przyjdzie Natasha i ci pomoże. I po problemie. -Naprawdę to dla mnie zrobicie?
-Tak. I tak siedzę przeważnie sama w domu czekając, aż Bucky wróci z pracy.
-To wy jesteście razem?-pyta zaciekawiony Sam.
-Nie. Jesteśmy tylko przyjaciółmi. Rude wiewiórki to nie mój typ. Mam inne upodobania-puszczam oczko do Natashy i obydwoje się śmiejemy.
-Wiesz co Steve? Masz może ochotę zjeść domowy obiad?  Zrobiłam pomidorową, a Bucky przeważnie nie je moich zup, bo twierdzi, że im czegoś brakuje. Co ty na to?
-Byłoby mi niezmiernie miło.
-No dobrze skarbie, to my pójdziemy i za 30 minut wrócimy.  Szpitalne żarcie jest straszne, uwierz mi.
Dziękuję wam za wszystko.  Nawet nie wiem czy kiedykolwiek się wam odwdzięcze-Steve ze łzami w oczach patrzył to na mnie to na Tashe.
-Oj skarbie nie dziękuj nam. Przyjaciołom się pomaga, pamiętaj o tym.
-To my jesteśmy przyjaciółmi?
-Oczywiście, że tak skarbie. Przecież cie polubiliśmy. Myślisz, że tak łatwo o nas zapomnisz. Tak się nie da- podeszła do niego, pocałowała go w policzek, przytuliła i razem wyszliśmy z sali kierując się po obiad.









                     

                     *******



-Są bardzo mili, nieprawdaż?- pytam Sama zaraz po ich wyjściu.
-Bardzo. Zwłaszcza ta Natasha. Widać było, że cię polubiła. Sprawia wrażenie takiej wrednej jędzy, ale jak się ją bliżej pozna, to da się stwierdzić, że jest bardzo kochana.
-Steve?
-Tak?
-Powiedziałeś mu?
-Nie... jeszcze nie....
-Dlaczego?
-Czekam na odpowiednią okazje.
-Nie odkładaj tego na inną okazję, bo może stać się coś niedobrego.
-Powiem mu to kiedyś,  obiecuje Sam.
-To dla twojego dobra Steve. Ja się martwię o ciebie. Nie chce, żeby Twoje tajemnice w późniejszym czasie źle wpłynęły na ciebie.
-Wiem Samie. Wiem.

Rozdział 4 ~ " Why would you wanna take our love and tear it all apart now?"

Opuszczając szpital poraz pierwszy w życiu chciałem tam wrócić. Niesamowite uczucie. Polubiłem go i to bardzo. Dobry z niego chłopak, tylko troszkę złego go spotkało. Życzę mu jak najlepiej w życiu i mam nadzieję, że odnajdzie kiedyś szczęście. Jadąc do domu ciągle miałem jego widok przez oczami. Ten jego błagalny ton, kiedy prosił, żebym odwiedził go jutro. Tak strasznie mi go żal i chyba zaczynam za nim tęsknić. Nikt nie działa na mnie tak spokojnie, jak on. Znam go dopiero od kilkunastu godzin, a czuje jakby to był mój bardzo dobry przyjaciel, którego spotkałem po latach. Parkuje samochód pod domem i wychodząc z niego w stronę domu, dopiero zaczynam czuć zmęczenie. Otwieram drzwi i pierwsza rzecz,na  którą patrze jest zegar  wskazujący godzinę 5:55. Dobrze, że zaczął się weekend bo nie wiem, jakbym poszedł do pracy. Biorę szybki prysznic i niczym kłoda zwalam się na łóżko i zasypiam twardym snem. Nic mi się nie śni. Żadnych koszmarów czy coś takiego od dłuższego czasu. Spokój. Chciałbym spać całą wieczność, ale niestety dostałem czymś ciężkim w plecy. Budzę się i łapie za bolące miejsce w myślach przeklinając wszystko, co się rusza. Podnoszę wzrok i widzę osobę, która zaczęła we mnie rzucać.
-Natasha serio? To już się robi nudne-Podnosze przedmiot leżący obok mnie i przewracam oczami-teraz rzucasz we mnie wazonami?
-Gdybyś się obudził jak normalny człowiek o normalnej godzinie to bym cie nie rzucała.
-A ja jestem tancerką brzucha...- burcham.
-No powiem ci szczerze, że po pijaku to ty robisz wszystko, dosłownie wszystko. Pamiętam, jak raz na hawajach, gdzie były te zajęcia z...- nie zdążyła skończyć,  gdyż musiała chować się przed wazonem wycelowanym prosto w jej głowę.
-Dziwi mnie dlaczego śpisz o godzinie 14.30? O tej godzinie ludzie żyją, a nie zamieniają się w chodzące trupy takie jak ty.
Chcąc nie chcąc opowiedziałem jej całą historię ze Steve'm z drobnymi szczegółami. Słuchała uważnie, nie krytykowała, tylko potakiwała głową. Rozumiała. Rozumiała i to bardzo dobrze. Mogę się na nią wściekać i rzucać wazonami, ale to wzorowa przyjaciółka. Nigdy mnie nie zawiodła i potrafi doradzić jak nikt inny. Dlaczego się z nią przyjaźnie?  Sam nie wiem. Może dlatego, że mamy podobne charaktery? Dlatego, że życie też dało nam w kość?  Taka przyjaciółka jak Tasha to skarb i każdemu życzę takiej przyjaciółki u swego boku.
-Dobrze zrobiłeś Bucky. Nie każdy człowiek by się na takie coś odważył. Pokazałeś, że masz dobre serce i to się liczy. Warto mieć tą odrobinę człowieczeństwa, którą możemy pokazywać w dobrej sprawie. Jestem z ciebie dumna.
- Żal mi go serio. Nie spotkałem kogoś, kto jest tak doświadczony przez życie i potrafi jeszcze się uśmiechać.
-A ja znam kogoś takiego. Kto potrafi żartować wiedząc, że może zaraz umrzeć. I mówię tutaj o tobie sarkastyczny dupku- Podchodzi i siada koło mnie na łóżku.
- Nie pocieszasz mnie...
-Bo nie mam nawet zamiaru. Ubieraj tą swoją kwadratową dupe i jedziemy go odwiedzić.-Wstaje i rzuca we mnie spodniami.
-Może najpierw powinniśmy coś zjeść?
-Nie bądź dupkiem. Ubieraj się i wychodzimy.
Fakt Tasha potrafi mnie zebrać do porządku i sprowadzić na ziemię. Dzięki niej widzę dla siebie jakąś szanse na tym świecie. Kocham ją jak rodzoną siostrę i w ogień bym dla niej skoczył. Ona zresztą dla mnie zrobiłaby to samo. Ubieram się, zawiązuje buty, udaje mi się wziąść jabłko i już z Tashą schodzimy po schodach, gdzie przed domem stoi mój zaparkowany samochód.

Rozdział 3 ~ " Why would you wanna break a perfectly good heart?"

-Kiedy byłem młodszy ci kolesie, którzy mnie pobili chodzili ze mną do szkoły. Codziennie się ze mnie śmiali,  szydzili ze mnie, kopali i popychali. Wszystko to dlatego, że byłem niski, szczupły i nie miałem bogatych rodziców. Oni uważali się za lepszych, bo mieli te kilkanaście zer na koncie, a ja miałem tylko kota i zeszyt, w którym rysowałem większość tego, co widziałem. Oni myśleli, że ja się załamie i będę chciał się zabić czy coś. Ale ja się nie dam tak łatwo usunąć z tego świata. Znosiłem to wszystko do końca szkoły, a potem ich nie widziałem. Aż do dzisiaj. Szedłem do klubu na spotkanie z moim najlepszym i jedynym przyjacielem, kiedy ich zobaczyłem. Znęcali się nad jakimś młodszym chłopaku. Przeszedł bym obojętnie, gdyby nie to, że on tak bardzo przypomniał mi samego siebie, że musiałem mu pomóc. Musiałem. Podszedłem do nich i kazałem im go puścić, ale oni nie słuchali. Śmiali się ze mnie i bardziej zaczęli się nad nim bardziej znęcać. Wtedy skończyłem na jednego z nich, a gdy oni byli lekko rozkojarzeni wtedy ten chłopak uciekł. A ja zostałem. Resztę już znasz. Gdyby nie ty, to oni by mnie tam dawno zabili. Nie chciałbym wiedzieć, co by się stało, gdyby temu chłopakowi nie pomógł. Gdybym stchórzył i uciekł. Pewnie teraz on leżał by martwy gdzieś na środku ulicy.- Jego przeraźliwy płacz uświadomił mi, że na tym świecie istnieją jeszcze posrani ludzie, którzy znęcając się nad słabszymi mogą pokazać swoją siłę i myślą, że są nie wiadomo, jak wspaniali. Zrobiło mi się go żal. Autentycznie żal. Za wszelką cenę chciałem mu pomóc.
-Steve... ja nie wiem... co powiedzieć. To straszne przez co przeszedłeś. Obiecuje, że ci pomogę i znajdę tych, co ci to- wskazałem na niego ręką- zrobili.
-Bucky nie musisz. Nie chce wpakować cie w kłopoty. I tak dużo zniosłeś ryzykując życie i wioząc mnie do szpitala i....
-Oh weź się przymknij. Kiedy ja mówię, że ci pomogę to znaczy, że ci pomogę. Te gnojki pożałują, że kiedykolwiek cię dotknęły.
- Bucky ja... dziękuję...
-Tylko mi tutaj nie wyj, bo się zrobi jak w Brazylijskiej telenoweli- próbowałem jakoś poprawić mu humor, żeby znów nie płakał, więc zacząłem pipisówe.
- Na pewno nie będę.
No zuch chłopiec. To opowiedz mi coś o sobie. Z kim mieszkasz, czy masz dziewczynę, gdzie pracujesz i takie tam pierdółki.
-Więc tak. Mieszkam chwilowo z moim najlepszym przyjacielem, który ma na imię Sam. Chciałbym kiedyś coś wynająć,  ale zarabiam mało pieniędzy i nadzwyczajniej w życiu mnie nie stać. Pracuje w piekarni, jako cukiernik. Piekę i dekoruje słodycze. Aktualnie nie mam dziewczyny. Teraz ty.
- Jezu co ja mam ci powiedzieć? Ah tak. Mieszkam sam w swoim kochanym mieszkanku, mam dużą firmę, która zajmuje się produkcją oraz sprzedażą statków morskich oraz różnego rodzaju broni. Nie mam dziewczyny, bo nie lubie jak ktoś mi gdera na uchem hahaha. No i mam ukochane autko, które chłopie mi całe uświniłeś, więc jak tylko stąd wyjdziesz to czeka cię  ścierka i wiadro z wodą. Będziesz mi siedzenia z tyłu czyścił. Nie odpuszczę ci tego- zacząłem żartować w celu rozładowania napiętej sytuacji, która nadal była wyczuwalna w pokoju.
-Dobrze z wielką chęcią.
Nagle wpadłem na iście genialny pomysł.
-Słuchaj mam dla ciebie propozycje. Może chcesz pracować w mojej firmie?
- Ty... ty... ty... ty mówisz serio?
- Tak. Mówię serio. I do tego chciałbym zapytać czy byś nie zamieszkał ze mną do czasu, kiedy nie znajdziesz sobie mieszkania po pierwszej wypłacie. Co ty na to? 
-Jeju jeju tak tak tak.- Nigdy nie widziałem, żeby ktoś tak bardzo zaczął się cieszyć z propozycji wspólnego mieszkania. Od razu na jego twarzy zagościła radość i zniknęły ślady zmęczenia.  Zrobiło mi się miło na sercu, że mogę mu pomóc. Wydaje mi się być dobrym człowiekiem poza tym bardzo urzekła mnie jego historia.
- Bucky ja nie wiem co powiedzieć. Jeszcze raz dziękuję. Ratujesz mi życie.
- Nic takiego się nie stało. Chce ci tylko...
- Dobrze moi panowie. Niestety musi już pan wyjść,  ponieważ pan Rogers potrzebuje odpoczynku oraz regenerację sił.- Musiał oczywiście przyjść doktorek i psuć dobrą rozmowę. No ale to jego praca.
-Już wychodzę panie doktorze- mówię i wstaje z krzesła, kiedy za rękę łapie mnie Steve.
- Obiecaj mi Bucky, że wrócisz... proszę...- coś w jego błagalnym tonie głosu sprawiło, że zgodziłem się bez wahania.
- Oczywiście, że przyjdę jutro i nie proś mnie bo i tak bez tego bym się tutaj wepchał. Możliwe, że przyjdzie ze mną moja nienormalna przyjaciółka Natasha.
-Czemu nienormalna?
-Bo to rudzielec hahaha.  Nie no żartuje, bo pewnie mnie słyszy, jak to ona i później mnie ugryzie. Wole nie ryzykować. Dobranoc Steve do jutra.
-Dobranoc Bucky. Nie mogę się doczekać jutra.
Puścił moją rękę i mogłem swobodnie już wyjść. Kiedy wychodziłem i  zobaczyłem jak zasypia, momentalnie zrobiło mi się ciepło na sercu.

Rozdział 2 ~ " 'Cause all you are is everything that i don't wanna be"

-Nie wiem czy powinieniem, ale uratował mu pan życie i wyjątkowo na tą wizytę mogę pozwolić. Oby więcej takich ludzi, jak pan było na tym świecie. Pozwoli pan za mną...
- Oj nie chciałby pan, żeby było tylu ludzi na świecie, jak ja. Nie wie pan całej prawdy. I lepiej, dla pana, że o tym pan nie wie. - Mówię szeptem i ide za lekarzem. Mijam dużo sal, gdzie tysiące ludzi walczy o zdrowie i życie. Widzę rodziny, które czekają na jakąkolwiek dobrą wiadomość i przygotowują się na tą najgorszą, która mówi ci, że odebrano ci osobę, którą kochasz. Ktoś tam na górze po prostu odciął linkę, która podtrzymywała życie tej osoby. Tak musiało być. Nic nie dzieje się bez przyczyny. Ktoś powiedział mi, że tylko wyjątkowo głupi i naiwni ludzie wierzą w przypadki. Wszystko jest z góry zaplanowane i nawet gdybyś płakał i prosił do ostatniego oddechu to i tak nie możesz tego przerwać. Wszystko ma swój początek i koniec. Taka jest kolej rzeczy, z którą każdy z nas musi się pogodzić. Nienawidzę szpitali. Tutaj zabija się wszystkie dobre emocje i daje ci w zamian te najgorsze. Tutaj też rodzimy się i wypełniamy swoje przeznaczenie. Od dziecka to miejsce kojarzy mi się z taką pułapką. Wchodzisz tutaj radosny i wesoły, i nie wypuszczą cie stąd takiego jak kiedyś. Zmienisz się. Będziesz od tamtego czasu cierpiał i nie dopuszczał do siebie nikogo. Miłość będziesz traktował jak coś niebezpiecznego i z trudem będzie ci szło przywiązanie się do kogoś.
W tym miejscu tracisz wszystko, co kochasz i stajesz się wypranym z uczuć robotem. Korytarz zdaje mi się nie mieć końca i kiedy tracę nadzieje na jakiekolwiek dotarcie do końca korytarza, nagle zatrzymujemy się przed dużymi brązowymi drzwiami. Lekarz łapie za klamkę i je otwiera i gdy wchodzimy do środkaa, pierwszym co rzuca mi się w oczy jest biel, która jest wszędzie. Na ścianach,  zasłonach, roletach.  Staję obok doktora i nagle go widzę. Szczupły, nieprzytomny mężczyzna, dość niskiego wzrostu leży przykryty w białą ( no bo jakby inaczej) pościel i przypięty jest chyba do wszystkich możliwych urządzeń na tym świecie.
-Może nas pan zostawić samych panie doktorze?
Lekarz bez słowa wychodzi i zostawia mnie samego z człowiekiem, którego kompletnie nie znam. Nagle zdałem sobie sprawę, że nie wiem co mam mu powiedzieć.  "O hej ciesze się, że jednak żyjesz. Bywało gorzej co nie?" Takich tekstów nikt dziś nie używa. Przysuwam dobie krzesło i siadam koło niego na krześle. Kiedy mam szansę stwierdzam, że ma przepiękne rysy twarzy i niesamowicie piękne blond włosy.  Nigdy nie myślałem tak o drugim facecie, ale ten... wydaje się być bardzo... piękny.
Nawet nie wiem  kiedy to się stało, ale palcem dotknąłem jego otwartą dłoń i nagle jego dłoń zakleszczyła się wokół mojego palca.
- Niestety jeszcze żyje. Jeśli chciałeś mnie udusić to ci się nie udało- odpowiedział wesołym głosem, w którym słychać było wyraźne zmęczenie i ból.
-Ah następnym razem może mi się uda. Będę próbował do skutku. - Serce o mało nie wyskoczyło mi z piersi, kiedy on się ocknął. Wypuścił mojego palca z uścisku i zaczął mi mi się przyglądać. Musze przyznać, że jego oczy też są nieziemsko piękne. Oczy koloru morza, w którym chciałoby się nawet utonąć.
- Myślę, że jeszcze będziesz musiał się pomęczyć. Przepraszam, że pytam, ale jak się nazywasz? Wydaje mi się, że skądś znam twój głos.
- Nazywam się James Barnes, ale możesz mówić mi Bucky.
- Cześć Bucky. Ja natomiast nazywam się  Steve Rogers. To może powiesz mi skąd ja cie znam?
- Myślę, że znasz mój głos, bo... bo... bo to ja cie uratowałem przed tymi bandziorami w tym zaułku.
Przerażenie, które malowało się na jego twarzy sprawiło, że zaczęło pękać mi serce. Co takiego musiało się stać, że Steve, aż tak bardzo się boi? Kim oni byli i co takiego chcieli od niego?  Tysiąc myśli wędruje mi wokół głowy i każda z nich jest bardziej straszna od poprzedniej.
-Bucky ja... dziękuję... Gdyby nie to to... to... to oni by mnie pewnie zabili- jego łamiący się głos i łzy w kącikach oczu ruszyły by nawet najgorszego mięśniaka.
- Nie ma sprawy.  Każdy by tak postąpił na moim miejscu. Najważniejsze, że nic ci nie jest- próbowałem go jakoś pocieszyć, więc uśmiechnąłem się szeroko i już chciałem zacząć opowiadać swoje słynne żarty, kiedy zobaczyłem, że robi się bardziej smutny.
- Uwierz mi, że nie każdy.  Nie każdy by postąpił na twoim miejscu Bucky. Nie każdy człowiek na świecie musi być aniołem. Są też okropne potwory, które czerpią radość z twojego bólu i krzywdy.
- Ej Steve co się takiego stało tej nocy?  Proszę opowiedz mi.
Kiedy na jego twarzy zalśniła pierwsza łza i za nią poszły kolejne zmieniając się w głośny płacz zacząłem się zastanawiać co takiego stało się kilka godzin przed moim uratowaniem go, że teraz przede mną leży wrak człowieka? 

wtorek, 22 września 2015

Rozdział 1~ "We are like glass. We break and eventually we shatter."

Jadąc do szpitala dostałem  lekkiego ataku paniki. A co jeśli nie przeżyje?  A co jeśli samochód stanie na środku drogi, a ja nie będę mógł pomóc?  Tak bardzo jest mi tego chłopaka żal. Spoglądam w lusterko, gdzie leży na tylnym siedzeniu i serce podskakuje mi do gardła. Jak ci kolesie go załatwili tego nie potrafię nawet zrozumieć. Ma rozwaloną prawie całą głowę, koszula przesiąknięta jest krwią, cała podarta i w strzępach. Nie wiem nawet jaki ma kolor włosów. Całą głowę pokrywa kurtyna krwi. To jakieś szaleństwo. Oczy ma zamknięte, oddech urywany.
Wjeżdżam w alejkę, kilka minut od szpitala, kiedy nagle na pasach wyskakuje mi jakaś plastikowa niunia, która na swoich wielkich platformach będzie się wlokła pół życia przez 5 metrów chodnika.
-SZYCIEJ TY PLASTIKOWA IDIOTKO-Trąbiąc klaksonem na tą kretynkę czuje, jak wzrasta mnie ciśnienie. W końcu jakieś wieki temu ta tempa dzida przelazła przez pasy, i w końcu udało mi się ruszyć ponownie, na odchodne zdążyłem krzyknąć przez szybę samochodu "szmata" i ruszyłem w długą.
Chyba zaraz wyrzucę kierownicę przez okno, kiedy nie mogę już przyspieszyć samochodu.
Gdy zobaczyłem już znajomy budynek mogłem już głębiej odetchnąć. Szybko zaparkowałem
w pierwszym lepszym miejscu, przed samyn szpitalem i gasząc silnik szybko wsiadłem. Otworzyłem tylne drzwi i zzieleniałem.
-Moja kochana tapicerka. Chłopie jak się tylko obudzisz to cię udusze.
Prędko go wyciągnąłem i biorąc go na ręce wbiegłem do szpitala.
-NIECH KTOŚ MI POMOŻE!!! ON JEST RANNY. SZYBCIEJ.-Wystarczyło głośniej krzyknąć, a już przybiegli lekarze i pielęgniarki. Zabrali go ode mnie i wzięli nie wiadomo gdzie. Próbowałem za wszelką cenę za nimi iść, ale mi nie pozwolili. Kazali usiąść w poczekalni i czekać na lekarza. Zrobiłem jak mi kazali i kiedy tak siedziałem w tej poczekalni dopiero teraz dotarło do mnie, co takiego zrobiłem. Uratowałem mu życie. Nie pozwoliłem, żeby tamci bandyci zatłukli go na śmierć. Zrobiłem coś dobrego. Czyli jednak mam jeszcze sumienie? Nie jestem, aż tak bardzo stracony, jak myślałem. Wstaje i ide do łazienki, bo chce zobaczyć jak wyglądam.  Kiedy widze swoje odbicie w lustrze musze się dobrze zastanowić kogo widzę. Cała koszula przesiąknięta krwią, blada i spocona twarz, drżące dłonie.
Przepłukuje twarz wodą i wracam do poczeklani. Siedzę tam już dobre 10 minut i kiedy myślę, że nigdy nie dowiem się co się stało z tym chłopakiem nagle zjawia się lekarz. Ma na oko jakieś 40 lat i widać, że praca w szpitalu daje mu mocno w twarz. Podkrążone oczy, zmęczone spojrzenie, kilkudniowy zarost.
Wstaję,  i zanim się odzywa zadaje mu pytanie:
-Panie doktorze co z nim?
-Szczerze powiedziawszy, gdyby nie pan, to on by nie żył. Ma rozliczne obrażenia wewnętrzne i gdyby przywiózł by pan go 20 minut później, chłopak byłby już na tamtym świecie.
Nagle zdałem sobie sprawę, że wstrzymuje oddech. Ulżyło mi i to bardzo.
-Nawet pan nie wie, jak się ciesze.
-Może mi pan powiedzieć, jak pan go znalazł?
-Jechałem z pracy  do domu i nagle zobaczyłem bójke w zaułku koło cukierni. Coś mnie w sercu ruszyło i bez zastanowienia pojechałem na pomoc temu chłopakowi. Panie doktorze ten chłopak był cały zmasakrowany i gdy wiozłem go do szpitala modliłem się, żebym w porę dowiózł go do tego szpitala. Zróbcie wszystko, żeby mu pomóc.
-Obiecujemy proszę pana. W tym szpitalu pracują sami najlepsi lekarze. Proszę się nie martwić.
Jedno pytanie nie daje mi spokoju i gdy chce je ominąć, ono nagle wypada mi z ust:
-Czy mogę się z nim zobaczyć panie doktorze?