"To iluzja
Jak mogę się teraz czuć
Skoro nie mogę mieć Ciebie
To jest iluzja
Nic teraz nie jest prawdziwe
Skoro nie mam Ciebie"
-Coś długo ich nie ma.- mówi Sam, lekko podejrzliwym tonem.
-Na pewno stoją w korku. Za chwilę powinny przyjechać.
- Nie wydają ci się jacyś dziwni?
-Co masz na myśli?- lekko prostuje się na łóżku.
-No... rozumiem, że on uratował ci życie i chciał się dowiedzieć jak się czujesz, ale ta cała gadka z pracą i mieszkaniem. Ufasz mu?
-Oczywiście, że mu ufam. Nie mam podstaw, żeby być wobec niego podejrzliwym.
-A ona? Przesadnie miła rudowłosa piękność. Wydaje mi się dość dziwna. No i do tego jest Rosjanką. A oni zawsze mają mroczną przeszłość.
- Uspokój się. Natasha jest bardzo miłą dziewczyną i nie mam podstaw, żeby jej nie wierzyć. Każdy ma mroczną przeszłość za swoimi uszami i musimy to zaakceptować. W końcu też jesteśmy ludźmi.
-Ale oni to pewnie jacyś kryminaliści.
-Dosyć powiedziałem. Masz się uspokoić, inaczej stąd wyjdź i wróć jak ochłoniesz.
●●●●●●●●
- Już jesteśmy. Przepraszamy za spóźnienie, ale Tasha uparła się jeszcze, żeby kupić coś słodkiego i koniecznie przynieść ci kwiaty- tłumacze, chociaż nie wiem dlaczego. Czuje się jak mały gówniarz, którego przyłapali na czymś złym i teraz dostaje reprymende.
- Ta sala to jakaś porażka. Nie dziwię się, że tyle ludzi nienawidzi szpitali. Trzeba tutaj coś zmienić.
- Nie musisz, naprawdę. Tasha to za dużo- mówi Steve, zawstydzonym głosem i czerwonymi policzkami.
-Daj spokój Steve. Przecież to nic takiego. Jesteś głodny?-pyta, podnosząc jedną brew i uśmiechając się lekko.
- I to jak- odpowiada z uśmiechem.
Natasha wyjmuje z torby, którą przyniosła łyżeczkę i ładnie zapakowaną miseczkę z zupą.
- Przesuń się smutasie- mówi do Sama i siada obok łóżka. Odpakowuje posiłek.
-Masz dużo siły, żeby samemu zjeść czy mam ci pomóc?
-P...p...potrafię zjeść sam-odpowiada i niepewnie bierze od niej miskę z ciepłym posiłkiem. Je pierwszą łyżeczkę i na jego twarz wracają kolory. Przypatruje się wszystkim po kolei i próbuje wyczytać z ich twarzy jakiekolwiek emocje. Steve w tej chwili jest radosny, Natasha jak zwykle maska pokerzysty, choć w głębi duszy widać, że jest uśmiechnięta, natomiast Sam. Ten to dopiero przykry typ. Ciska na mnie i Natashe gromami i wzorkiem zabójcy, ale tylko wtedy, kiedy wydaje mu się, że nie widzimy. Ale on jest w błędzie. Natasha to widzi i jestem przekonany, że niedługo mu to wytknie w twarz. Musiało coś się stać, pomiędzy Samem, a Steve'm. Kiedy tylko weszliśmy było czuć w powietrzu napiętą atmosferę i byłem pewien, że o coś się po kłócili. Tylko ciekawe o co takiego.
-Barnes rozpakuj słodycze, kwiaty postaw w wazonie i maskotkę połóż obok łóżka- dobiega do mnie nagle głos Tashy. Robię natychmiast to co każe i wracam do ponownej obserwacji. Steve zjadł już obiad od Tashy i teraz opowiada jej jakiś kiepski żart, a ona się śmieje. Nie śmieje się sztucznie, albo udawanie, tylko szczerze. Widać, że to ją naprawdę bawi. Dobrze widzieć ją w takim stanie. To jest jej milsza strona. A Sam stoi nad nimi jak jakiś sęp z kwaśną miną i próbuje im zniszczyć tą chwilę szczęścia.
Muszę pogadać trochę z tym gościem później, bo coś mi w nim nie pasuje. Podejrzany ten typ i mu nie ufam.
Spoglądam na Steve'a, który cieszy się z prezentu od Tashy w postaci misia i słodyczy. Ta tylko patrzy na niego i się uśmiecha. Szczera radość Steve'a to dla niej najlepsze podziękowanie. W pewnym momencie wstaje i posyła mi porozumiewawcze spojrzenie. Ja w odpowiedzi lekko kiwam głową i wiem, że ma już pewien plan.
-Przepraszam, ale strasznie zachciało mi się pić. Skocze po gorącą czekoladę dla wszystkich i zaraz wrócę. Sam poszedł byś ze mną? Sama nie dam sobie rady, a ty wyglądasz na silną osobę- puszcza do Sama oczko, na co ten lekko się dziwi.
-Ja...ja...jasne. To idziemy.
Natasha poszła przodem, a za nią Sam i wyszli z sali. Siadam na miejscu Tashy i przypatruje się Steve'owi. On również mi się przygląda. Trwamy w ciszy dobre kilka minut i żadne z nas nie chce jej przerwać. Ta cisza jest dobra i mogłaby trwać wiecznie. Tylko tyle w tym momencie wystarczy. Magiczna cisza i nic więcej.
●●●●●●●●
Wychodzimy z sali i kierujemy się do automatu. Żadne z nas nic nie mówi. Panuje tylko cisza. Dochodzimy do automatu i sprawy przybierają zaskakujący bieg. Odwracam się i przyciskam Sama do ściany, łokciem przytrzymując go za szyję, żeby nie mógł się wydostać.
- Co ty do cholery wyprawiasz?- pyta, ze złością.
-Mogę cię zapytać o to samo. O co ci chodzi koleś? Dlaczego się czepiasz mnie i Bucky'ego?
-Nie wiem o czym mówisz.
-Wiesz- mówię, przyciskając go mocniej do ściany.
-Mówiłem tylko, że wyglądacie jak zgrana para przyjaciół.
-PRZESTAŃ KŁAMAĆ.
-Okay okay. Wydajecie mi się dziwni. Burnes ratuje Steve'owi życie i nagle postanawia zostać jego przyjacielem. Potem zjawiasz się ty, udając matkę miłosierdzia i troskliwie opiekując się Rogersem. Kim wy jesteście i dlaczego postanowiliście zamieszać w naszym życiu.
-Posłuchaj mnie Sammy- mówię przez zaciśnięte zęby- Bucky okazał dobre serce ratując Steve'a choć wcale nie musiał. Mógł zginąć tam razem z nim, ale postanowił mu pomóc. Polubił go i postanowił mu pomóc. Bucky ma dobre serce i nie ma w tym nic podejrzanego. Natomiast ja. Polubiłam Steve'a i również zamierzam mu pomóc, a ty ogarnij tą swoją wysportowaną dupę i przestań się wtrącać. Steve jest dorosły i dobrze wie, co robi. Nie musisz być jego niańką.
- Właśnie, że muszę. Nie znasz całej historii z jego życia.
-A ty nie znasz naszej, więc się skarbie nie wtrącaj. Mam na ciebie oko, więc radze ci być milszym i nie posyłać mi spojrzeń mordercy, bo to na mnie nie działa. Rozumiemy się?
-Tak...-mówi obrażonym tonem.
-To co Sammy? Bierzemy tą czekoladę?- puszczam go i zawadiacko się do niego uśmiecham.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz